Sandauer o przeszczepie

Czekając na przeszczep starałem się,w miare możliwości,  dbać o formę. Chodziłem na spacery i robiłem gimnastykę. Wiedziałem ze jak raz przestanę chodzić, to mogę już nie wstać.... Wychodziłem wieczorami gdy było mało ludzi, by przy pandemii minimalizować kontakty z innymi. Z trudem szedłem co chwila przystając.....

- Pulsoksymetr na palcu. Saturacja potrafiła spadać poniżej 70%. Wtedy musiałem stawać....

- No i telefon w kieszeni by ewentualnie zadzwonić po Beatę , gdybym nie dał rady dalej iść. Kilka razy tak też się stało....... Miałem zresztą ustaloną trasę, by było wiadomo gdzie mnie szukać... gdybym nie wracał... i nie zadzwonił

Na ulicach przechodnie czasem zatrzymywali się proponując pomoc....Zazwyczaj dziękowałem i odmawiałem, dwa razy musiałem skorzystać i ktoś podwiózł mnie do domu... W domu zazwyczaj byłem podłączony do koncentratora tlenu.

Tak wyglądała ta beznadzieja, moje życie ....zafundowane mi po kuracji w sanatorium w Kołobrzegu...

O czekaniu na przeszczep zapomniałem, bo i nie wiedziałem czy doczekam....
Ponieważ niedaleko naszego domu jest dojazd do szpitala, nie zwtracałem uwagi na sygnały dźwiękowe i światła uprzywilejowanych samochodów...

Sandauer po przeszczepieChyba 5 maja około godz. 22 , ktoś zadzwonił domofonem, szukał Artura Sandauera i zapytał czy tutaj taki mieszka? Beata odpowiedziała że od dawna Artur Sandauer jest na Powązkach. 

Przed furtką stał radiowóz policyjny, jeszcze z włączonymi niebieskimi światłami... Usłyszeliśmy, żeby otwierać, bo i tak wejdą.... Szybko po numerze pesel wyjaśniło się policji chodziło nie o Artura, lecz o Adama Sandauera, czyli o mnie.

Były płuca do przeszczepu, a mój telefon nie odpowiadał. Mam natychmiast kontaktować się z prof. Zembalą i jechać do kliniki do Zabrza. Po prostu mój telefon przestawił się na tryb „nie przeszkadzać" i nie dzwonił...., więc prof Zembala poprosił o pomoc policje.....

Z wrażenia serce mi zaczęło walić pod sufit... Myślałem iż nie na płuca a na zawał zaraz umrę.
Po kwadransie pod domem była karetka transportowa. Osobowa Toyota. Nie pomyślano o uzupełnieniu dla mnie, butli z tlenem... Za chwile dowiózł ja drugi samochód. Do spakowanej wcześniej walizki dorzuciłem kosmetyczkę z maszynką do golenia i szczoteczką do zębów.

Pędziliśmy „gierkówką" będącą w przebudowie. Jechało dwóch ratowników. Tak pewnego i jednocześnie szybkiego prowadzenia samochodu, nigdy wcześniej nie przeżyłem. Gdy lewa strona drogi była pusta, karetka zmieniała pas na przeciwległy i pędziła chyba ze 200 km/h.

Wychodząc z domu z wrażenia oczywiście, musiałem o czymś zapomnieć. Pełen pęcherz, w pędzącej karetce stał się poważnym problemem. Droga w przebudowie i brak parkingów czy stacji benzynowych... No i w końcu karetka musiała zjechać w boczną drogę by zatrzymać się pod drzewkiem....
Do Zabrza dojechaliśmy około północy w niecałe dwie godziny.... Wstępne badania i okazało się że zabieg jest ustalony na następny dzień na rano... Trwał chyba 12 godzin. 

Długo dochodziłem do siebie, a do różnych pomp infuzyjnych i drenów podłączony byłem ze 2 tygodnie...

We wtorek odwiedził mnie prof. Marian Zembala i wtedy wykonano pierwsze zdjęcie które wysłaliśmy Beacie.... Ona została w Warszawie i ze względu na podawane mi w dużej ilości leki immunosupresyjne, odwiedzić mnie nie mogła.

Po miesiącu opuściłem szpital. Nie sadzę jednak by dane mi było kiedyś w przyszłości polecieć znowu na Daleki Wschód....

Obecnie próbuje się przyzwyczaić do wszelkich ograniczeń. Unikam ludzi i zgromadzeń. Co kilka tygodni odwiedzam Zabrze na badania kontrolne.

Wszyscy jednak mówią ze dopiero za około rok będzie wiadomo... Ze ustali się poziom leków, które będę musiał brać na stałe no i że zregenerują się mięśnie które zanikły przez lata choroby....